Sam na sam z Beskidami

Z miłości do roweru oraz gór zrodził się pomysł samotnego wyjazdu w nasze Beskidy. Kto mnie zna i ma na uwadze stopień mojej niepełnosprawności ten powie, że jest to wręcz niemożliwe!!! W zasadzie pomysł ten chodził za mną od wielu lat, aż w końcu udało się go w tym roku zrealizować i to na dodatek wyjazd ten był połączony z rehabilitacją klasyczną. Biorąc pod uwagę moje ograniczenia ruchowe i nieprzewidziane sytuacje z którymi musiałem sobie poradzić, był to dla mnie wyjazd pod znakiem wielopłaszczyznowej rehabilitacji.

Pierwszego dnia - To właściwie dzień wielu niewiadomych, gdzie musiałem się rozpakować, ustalić plan zabiegów i rozwiązać sprawę posiłków. Tutaj tak dla przypomnienia dodam, że sama konsumpcja nie jest dla mnie sprawą łatwą... Z bagażami udało mi się wjechać na rowerze pod sam pokój; zabiegi miałem zaraz po śniadaniu i basem o dowolnej porze dnia. Dzięki uprzejmości kelnerek posiłki były mi podawane do pokoju. Mając na uwadze kilku godzinne wycieczki rowerowe poprosiłem o śniadania i obiadokolacje, posiłki te podawano mi do pokoju nawet gdy byłem jeszcze w trasie. Jak się później okazało wszystkie te ustalenia, rozwiązania były dla mnie optymalne i bardzo wygodne, na tyle wygodne, że byłem niezależny i samowystarczalny.

Drugiego dnia - Początkowo chciałem ostro zaatakować i ruszyć na "Biały Krzyż" i Skrzyczne lecz w ostateczności pojechałem w drugą stronę na dobrze znany mi szczyt - Równica w Ustroniu. Te moje wycieczki to nie wyścigi to też pozwalałem sobie na przypadkowe rozmowy, lecz gdy tylko wspomniałem o Równicy słyszałem głosy typu "uważaj bo tam wysoko" i zaraz potem pytanie o stan moich hamulców. Jak zawsze nie było łatwo lecz po kilku godzinach wysiłku czekała na mnie nagroda w postaci przepysznej szarlotki którą mogłem się rozkoszować podziwiając przepiękne widoki Beskidów.

Trzeciego dnia - Tutaj poczułem się już nieco pewniej i postanowiłem wyruszyć w nieco dziewicze jak dla mnie tereny czyli na Skrzyczne a jest to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Po wjechaniu na "Biały Krzyż" (Przełęcz Salmopolską) i zjeździe do Szczyrku odszukałem ulicę Skrzyczańską bo taką właśnie trasę wjazdu ustaliłem po wcześniejszych kilkumiesięcznych analizach tego terenu. Początek ulicy był bardzo stromy lecz pewny bo wyasfaltowany, jadąc dalej asfalt zamienił się w betonowe płyty a następnie w szuter i tutaj rozpoczął się prawdziwy dylemat. Problem polegał na tym, iż jadąc drogą szutrową o dużym nachyleniu traciłem przyczepność z podłożem. Po przejechaniu kilkuset merów taką drogą i po rozmowie z innym rowerzystą doszedłem do wniosku, że na takich oponach wyżej nie wjadę. Nie pozostało mi nic innego jak zawrócić czyli wjechać na "Biały Krzyż" od strony Szczyrku a potem do Wisły gdzie w pokoju czekał na mnie już posiłek. Tutaj co prawda nie zdobyłem szczytu, lecz po raz kolejny potwierdza się hasło, że "góry uczą pokory..."

Czwartego dnia - Po wczorajszej bardzo trudnej lecz malowniczej trasie wybrałem coś łatwiejszego, dobrze mi znanego, a wybór padł na Stecówkę. Trasa niby łatwa, bo bardzo dobrze mi znana, lecz nawet wieloletni kompan w rozmowie telefonicznej mi ją odradzał, a to ze względu na bardzo wysokie temperatury. Słuchając jednym uchem kumpla a drugim głosu rozsądku wybrałem trasę przez tamę a następnie wzdłuż "Czarnej Wisełki" wiedząc, że cień tamtych lasów oraz chłód strumienia trochę złagodzi żar lejący się z nieba. Jednak, że 300 - 400 metrów przed szczytem za zakrętem w prawo wyjeżdża się na otwartą przestrzeń. Główny nurt rzeki pozostaje gdzieś z lewej. Nachylenie tego ostatniego odcinka jest bardziej strome. Wtedy to poczułem co to znaczy żar lejący się z nieba bo wraz z nim zalewał mnie pot. Tutaj nagrodą dla mnie był widok nowego małego drewnianego kościoła i zapewnienie górala, że wszystko jest na dobrej drodze do jego ukończenia i poświęcenia...

Piątego dnia - Po kilku dniach ostrej rowerowej jazdy nadszedł dzień odpoczynku. Odpoczynek ten też był podyktowany bardzo wysokimi temperaturami. W tym dniu tak się szczęśliwie złożyło, że odwiedziła mnie moja ukochana Marysia to też mieliśmy okazję schłodzić się w rzece :). Wieczorem po upalnym dniu nadeszła bardzo gwałtowna burza która całkowicie zmieniła aurę gór...

Szóstego dnia - Jeszcze do wczoraj upał, skwar, a dziś, deszczowo, mokro wręcz chłodno. Pomimo takiej niesprzyjającej pogody wybrałem krótki lecz również atrakcyjny szlak niejako dookoła Wisły. Przez pierwsze dwa kilometry jadąc ulicą Bukową towarzyszył mi drobny deszcz lecz miałem nadzieje, że mnie opuści i tak taż się stało po dwóch kilometrach. Głównym celem tej wycieczki było dotarcie do miejsca w którym można przeczytać takie hasło (Życie Jest Grą - Świat Boiskiem "Bóg Sędzią"). Czy wiecie gdzie się znajduje to przysłowie?

Siódmego dnia - To właściwie dzień pod znakiem pakowania i wyjazdu. Tutaj dla przypomnienia byłem sam również do pakowania a, że robiłem to po raz pierwszy to też nie wiedziałem ile czasu mi to zajmie... Pomimo takich okoliczności czyli bardzo ograniczonego czasu pozwoliłem sobie na mały, szybki trip do Ustronia i z powrotem :)

W przeciągu tego tygodnia było mi dane podziwiać przepiękne widoki zdobywając kolejne szczyty naszych Polskich Beskid. Te kilka dni były pełne wyzwań i zaskakujących sytuacji w których musiałem sobie sam poradzić... Było mi dane przeżyć kilka sytuacji które trudno mi opisać. Po takim tygodniu jestem silniejszy, sprawniejszy i gotów by jechać "dalej" i "wyżej"... Taki wyjazd nie byłby możliwy gdyby nie wiele osób które dołączyły się do akcji "1% - Jestem Wasz Jedyny" którą prowadzę od kilku lat. Pamiętaj, że Ty również możesz pomóc, dziękuję :)

Data publikacji: 07-2016

Współpraca i reklama

W tym miejscu znajdują się banery do instytucji, firm, Osób prywatnych, które mnie w taki czy inny sposób wspierają...

Jeśli chcesz dołączyć do tego działu, to daj znać, napisz do mnie :) Kontakt