Upragniony Szczyt...

Upragniony Szczyt Zaufałem drodze Zaufałem drodze
wąskiej
takiej na łeb na szyje
z dziurami po kolana
takiej nie w porę, jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę, stała święta Agnieszka
- nareszcie
- powiedziała - martwiłam się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba - z nagrodą od ministra i że cię diabli wzięli.....

Ks. Jan Twardzowski

Nie pamiętam już od ilu lat towarzyszą mi słowa tego wiersza wybitnego Poety, Księdza Jana Twardowskiego, bo jakże tu pamiętać wszystkie drogi i wszystkie historie z tym związane, gdy się już od ponad ćwierć wieku jeździ na trójkołowcu? Oczywiście nie każda droga, nie każda historia jest niezwykła i fascynująca bo większość z tych dróg prowadziło do sklepu po bułki lecz od zawsze na trzech kółkach.

Tutaj może już ktoś zapyta, dlaczego właśnie trzy koła? A ja cofnę się do roku 1975 kiedy do przyszedłem na świat wtedy też lekarze postawili pierwszą diagnozę a brzmiała ona: głębokie porażenie mózgowe. Medycyna w tamtych latach sporo jeszcze musiała się dowiedzieć o etiologii tego schorzenia, a także o możliwościach jego leczenia.

Z pośród wielu prób i sposobów leczenia jakie na owe czasy były dostępne ja postawiłem na aktywną rehabilitację, a zaczęło się bardzo niewinnie... gdy od mojej Cioci dostałem trójkołowy dziecięcy rower typu „BAMBINO”. Na tym rowerze poruszałem się głównie po mojej miejscowości, lecz z biegiem lat wyjazdy stawały się coraz dłuższe a wraz z dorastaniem rower musiał być wymieniany na nowy by móc go dopasować do moich wymiarów oraz do moich predyspozycji fizycznych.

Taki sposób rehabilitacji okazał się na tyle skuteczny, że dzisiaj mogę sobie pozwolić na wyprawy w góry w nasz Beskidy Śląski i Żywiecki co daje mi możliwość podziwiania przepięknych szczytów które udało mi się zdobyć.

Podczas wyprawy w góry która z reguły trwał kilka dni towarzyszy mi kolega lub grupa znajomych którzy jak tylko mogą ułatwiają, pomagają mi na każdym etapie wycieczki. O wyjazdach w góry mógłbym bardzo wiele opowiadać, lecz jest jedna historia którą chcę tutaj opowiedzieć.

Był maj 2011 roku kiedy to nadarzyła się okazja załatwienia dogodnego noclegu w Ustroniu, lecz tak się złożyło, że nie było z kim pojechać, w tym czasie odłożyłem też chyba rozsądek do szafy a z niej wyjąłem to co niezbędne do takiego wyjazdu, wziąłem, spakowałem i pojechałem.

Pierwszego dnia jadąc na nocleg kierowałem się wyczuciem które niestety zawiodło gdyż pytając o drogę okazało się, że pomyliłem drogi i znalazłem się kilkanaście kilometrów od oczekiwanego miejsca, a czarne chmury krążyły. Kontynuacja jazdy do wyznaczonego celu wcale nie była taka łatwa i oczywista bo okazało się, że trzeba było przejechać rzekę z kładką, która okazała się niewiele szersza od mojego trójkołowego roweru a brzegi na której spierała się ta kładka były bardzo niestabilne lecz udało się... :)

Drugiego dnia po obfitym śniadaniu przy bardzo dobrze zapowiadającej się pogodzie postanowiłem pojechać na Równicę. Jadąc przez centrum Ustronia słońce już nie było takie pełne, tak jakby gdzieś się schowało, pomyślałem sobie, że trafiła mi się idealna pogoda do wspinaczki pod górę na szczyt. Będąc coraz wyżej miałem wrażenie, że niebo staje się coraz to ciemniejesz a ja zbliżam się do piekła, nadal jednak jechałem z nadzieją, że gdy tylko dojadę do szczytu słońce zabłyśnie nad moją głową.

Będąc już blisko szczytu nastąpiło całkowite załamanie pogody, zaczęło lać jak z cebra a temperatura spadła o kilkanaście stopni.

Usilnie szukając jakiegokolwiek schronienie przed deszczem i zimnem trafiłem do karczmy i do pracujących tam osób, dla których oczywistą sprawą było udzielenie mi pomocy. W bardzo krótkim czasie, właściwie nie pytając mnie o zdanie zorganizowali transport ze szczytu do miejsca noclegu. W ten oto sposób i zupełnie bezinteresownie dotarłem bezpiecznie do bazy noclegowej.

Kolejnego dnia pogoda zapowiadała się o wiele lepsza i bardziej stabilna więc tym razem wybrałem się w dłuższą trasę, a celem tego dnia było zdobycie Stecówki w Istebniej.

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów będąc na tamie w Wiśle postanowiłem odpocząć. Kiedy podziwiałem przepiękne widoki popatrzyłem również w niebo na którym dostrzegłem tańczące czarne chmury, wtedy też odezwały się resztki zdrowego rozsądku które nie pozostawiłem w szafie. W takiej sytuacji było jedno wyjście, ewakuacja. Bardzo szybko za sobą pozostawiłem pierwszych kilka kilometrów bo było z górki. Będąc w centrum Wisły pogoda się na tyle ustabilizowała, że powróciły nadzieje o suchym powrocie na miejsce noclegu. Z takim nastawieniem dojechałem do Ustronia i tam po oberwaniu chmury wszelkie nadzieje na suchy powrót straciłem lecz tym razem samodzielnie na nocleg wróciłem.

Po dwóch mokrych dniach pełnych przygód powróciłem do domu o wiele bogatszy, silniejszy lecz nie do końca suchy, ale na pewno szczęśliwy :)

Teraz nawet trudno mi sobie wyobrazić jak bardzo byłbym uboższym człowiekiem nie mając możliwości korzystania z takiego roweru. Nie wiedziałbym co człowiek czuje gdy ma kilka kilometrów do wyznaczonego szczytu, nie wiedziałbym jak może smakować łyk wody, kropla potu a wszystko po to aby zdobyć upragniony szczyt...

Jednakże największym szczęściem dla mnie jest mieć możliwość poznawania, rozmowy z drugą nie rzadko przypadkowo napotkaną osobą gdyż właśnie to kształtuje moją osobowość, a wszystko to sprawia, iż Życie staje się bogatsze i piękniejsze..

Fot. Kuba Tosik
Data publikacji: 08-2013

Współpraca i reklama

W tym miejscu znajdują się banery do instytucji, firm, Osób prywatnych, które mnie w taki czy inny sposób wspierają...

Jeśli chcesz dołączyć do tego działu, to daj znać, napisz do mnie :) Kontakt